Skończyły się czary

Cynizm i wulgaryzm w polityce nie są niczym nadzwyczajnym. Już ponad 2000 lat temu pisali o tym chińscy, indyjscy i egipscy autorzy traktatów poświęconych sztuce sprawowania władzy. Wiedzieli oni dobrze, że jej utrzymanie związane jest nie tylko z siłą militarną, ale i autorytetem władców w oczach ludu. W rozumieniu poddanych władza może być groźna, okrutna, może budzić strach, ale nie może być śmieszna. Bo nic tak nie podważa legitymacji do rządzenia, jak komiczność władcy.

W „aferze taśmowej” najgroźniejsza może być właśnie nieporadność i śmieszność premiera, jego ministrów, „służb” i prokuratury. Przecież synonimem sprawy stał się widok funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego próbujących na oczach całej Polski wyrwać laptopa redaktorowi Latkowskiemu w siedzibie „Wprost”. Pojawia się pytanie, gdzie byli, gdy nagrywano czołowych polityków partii rządzącej, w tym ich własnego szefa?



Dzięki taśmom ujrzeliśmy prominentnych ministrów – i nie tylko - Platformy Obywatelskiej bez maski. Tych samych, którzy kilkanaście dni wcześniej, w rocznicę pierwszych wolnych wyborów grzali się na Placu Zamkowym w blasku Baracka Obamy, pozując na jedynych autorów polskiej wolności. Tych, którzy jeszcze kilka dni przed taśmami pretendowali do najważniejszych funkcji europejskich. Radosław Sikorski miał być przecież następcą szefowej unijnej dyplomacji Catherine Ashton, a premier Tusk „dużym misiem” w Brukseli - jak twierdził w nagraniach prezes PKN Orlen.

Tymczasem zamiast mężów stanu Polacy zobaczyli kilku facetów, operujących językiem spod budki z piwem. Omawiających polityczne „deale”, które jak się potem okazało zostały zrealizowane. Straszących biznesmenów, zamiatających nieprawidłowości pod dywan. Wyśmiewających zagranicznych polityków, obnażających swój stosunek do polskiej racji stanu i sojuszy militarno-politycznych, którymi się dotąd chwalili. Miał szczęście Tusk, że taśmy nie wyszły przed 4 czerwca. Przecież Barack Obama nigdy by się do Polski na święto wolności nie wybrał wiedząc, co tak naprawdę minister Sikorski o współpracy z USA myśli. Nie mówiąc już o jego żenującym i rasistowskim pojęciu „murzyńskości”.

Nagrani panowie okazali się żałośni i śmieszni. Podobnie jak Tusk, który nie potrafi się w tej sytuacji odnaleźć. I nie ma większego znaczenia, czy była to prowokacja tygodnika „Wprost”, rosyjskich specsłużb, zorganizowanej grupy przestępczej, czy sposób na zarobek kelnerów, czy biznesmenów. Czy chodziło o skompromitowanie grupy polityków i przedsiębiorców, czy o destabilizację państwa. W każdym z tych przypadków autorytet władzy został nadszarpnięty.

Po pierwsze władza ośmieszyła się dając się nagrywać. Po drugie, używając wulgarnego języka nie tylko dla politycznych – zresztą też wątpliwie moralnych – ustaleń, ale w dużej mierze do plotkowania i obrabiania d… swoim koleżankom i kolegom. Zresztą nie tylko im, bo dowiedzieliśmy się na przykład, że ambasadę na Kubie utrzymujemy po to, aby sprowadzać dla Tuska cygara.

Po trzecie, władza ośmieszyła się, sposobem, w jaki funkcjonariusze ABW próbowali skonfiskować dziennikarzom nagrania. Gdy wybuchła afera Rywina, premier Leszek Miller nawet nie śmiał pomyśleć o tym, żeby wysłać Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego do redakcji Gazety Wyborczej. I za jego czasów żaden funkcjonariusz nie porwałby się na wyrywanie laptopa z rąk Adama Michnika. Dziś te standardy się zmieniły, a władza tylko ośmieszyła. Podobnie jak przerzucaniem odpowiedzialności pomiędzy rządem a prokuraturą za kompromitującą akcję we „Wprost”. Widać wyraźnie, że premierowi nerwy puściły. Chyba, że do odzyskania taśm jest tak bardzo zdeterminowany.

Tak czy owak, nie będzie już władcą idealnym. Nawet jeśli koalicja PO-PSL dotrwa do wyborów, co pewnie się stanie. Lud zobaczył prawdziwe oblicze rządzących, ich prymitywizm i śmieszność. I nie zmienią już tego kolejne tuskowe czary.
Trwa ładowanie komentarzy...